„Życie to myśli” – zapiski

„ŻYCIE TO MYŚLI”

– zapiski Krzysztofa Jackowskiego

jackowski mysli

Kto myślą swą wyprzedza innych, Naraża się tylko na tych innych kpiny, Kiedy ci pojmą wreszcie odkrycia istotę, Stwierdzą, ” to oczywiste ” , lecz dopiero potem.

Wilhelm Jensen (1837-1911)

.

.

Przyziemne strony jasnowidzenia

 .

– Jak śpisz na cmentarzu?
– Normalnie Krzychu, kładę się między dwoma grobami, okładam się kartonami, kurtką owijam głowę i zasypiam.
– Nie boisz się?
– Żywych się boję, to stary cmentarz, jak leżę między dwoma grobami to wiatr mi nie wieje, a jak pada, to pod kartonem aż miło, chyba, że się mocno rozpada to wtedy mam problem.
– Przecież nad ranem jest zawsze zimno, a ty leżysz pod kartonami.  W dodatku na cmentarzu, jak tak można? Przecież to straszne – aż mną coś wstrząsnęło.
Krzychu, to nic strasznego, zmarnowałem swoje życie wyrzucili mnie z domu nie mam się gdzie podziać – mówił z wyraźnym żalem w głosie – miałem dobrą żonę, mieszkanie, ale nie szanowałem tego szczęścia, odkąd pamiętam piłem, ciągle piłem, albo spałem. W końcu się doczekałem, żona nie wytrzymała, założyła sprawę w sądzie i mnie wyeksmitowali, byłem na odwyku, ale to nie pomogło, zresztą gdybym nawet przestał pić to myślę, po co? Przecież nie mam gdzie się podziać, nie mam nic, więc po co?
Zarośnięty z siwiejącą, niezadbaną, pewnie przymusową brodą, brudny, ręce jak parchate, oto obraz mojego dobrego kolegi sprzed czterdziestu lat, z czasu, gdy obydwoje byliśmy dziećmi chodzącymi do tej samej klasy w szkole podstawowej, a dziś, no właśnie…
– Dobrze się trzymasz Krzychu, jeździsz rowerem, masz kobietę, wychowałeś dzieci.
– Nie tak za dobrze – odezwałem się protestując – choruję na serce, pierwsze małżeństwo rozleciało się, życie.
– No tak, może poratowałbyś złotówką – spytał wręcz odruchowo.
– A co? Nie masz pieniędzy?
– Nigdy ich nie miałem, a jeżeli coś mi wpadło w rękę to zamieniałem to w butelkę.
Widziałem rozgoryczenie na jego zarośniętej twarzy, stojąc obok niego siedzącego przy schodkach do sklepu monopolowego poczułem, że muszę mu pomóc.
– Popilnujesz rower? A ja pójdę do sklepu spożywczego tu obok.
– Pewnie, że popilnuję, a gdzie mam się stąd ruszać, po co?
W sklepie kupiłem pęto kiełbasy nazywała się „krucha”, pomidory i kefir, gdy płaciłem przypominałem sobie, że muszę kupić jakieś pieczywo, jak można zjeść kiełbasę bez bułki lub chleba?
Przyniosłem mu.
– Jesteś dobrym człowiekiem Krzychu – rzekł i zaczął gryźć kiełbasę, aż chrupało mu w zębach.
Gdy zjadł prawie całą bułkę, pomidora i połowę kruchej, otworzył kefir i pił z wyrazem twarzy jak gdyby był w raju.
Pożegnałem się z moim kolegą sprzed wielu lat, jadąc dalej rowerem pomyślałem – Krzychu, czym się różnisz od niego? Czy możesz nim gardzić? A może jesteś lepszy od niego, a może on to Jezus?
Trudno jest pięćdziesięcioletniemu człowiekowi naprawiać życie, które spieprzył na samym początku przez nałóg, na co nie ma teraz wpływu oprócz swojej własnej siły woli, która przez lata została wymyta przez litry wypitego alkoholu.
Ot różne bywają losy ludzkie.
Dlaczego w trakcie naszego krótkiego życia tak często popadamy w nałogi? One nas upadlają, stajemy się ich żywicielami, to one mieszkają w naszych ciałach i żywią się nimi, niezauważalnie niszczą je, wysuszają nasze mózgi. Dlaczego godzimy się na takie słabości nas samych?
Myślę, że odpowiedź na to pytanie jest głęboko ukryta w każdym z nas, a nazywa się bardzo prosto – Brak wiary. I bynajmniej nie chodzi mi o tę wiarę potoczną, z którą się ona kojarzy – wiarą w Boga, chociaż, fakt wiary w Niego jest też bardzo ważny, ale fakt wiary w nas samych jest najważniejszy. Nasza świadomość i teoretyczne przeświadczenie, że posiadamy duszę, coś metafizycznego, niezniszczalnego, coś, co jest poza naszą doczesną egzystencją, a zarazem jest tobą, mną tu i teraz i zawsze będzie. Moja, twoja dusza.
Nie raz w mej karierze zdarzało mi się udzielać wywiadów na tematy rzekłbym duchowe, możliwości czucia duszy zmarłej osoby, zawsze w takich rozmowach dało się zauważać w głosie moich adwersarzy jakąś asekurację, powątpiewanie. Wyglądało to tak, że redaktorzy chcieli takimi gestami pokazać coś w stylu – „rozmawiam z tobą, bo to ciekawy temat dla czytelników, ale przecież rozmawiamy o jakiś głupstwach, więc wiedz, że ja w to nie wierzę, że jestem ateistą i sceptykiem”.
Czy wielu z nas wstydzi się wiary? A może to nie przystoi innym pokazywać, że mamy nadzieję na coś więcej jak tylko widzimy i czujemy tu i teraz.
Odnoszę wrażenie, że coraz bardziej wstydzimy się faktu, że w coś wierzymy, w coś metafizycznego. Tym skrępowaniem zabijamy w sobie wiarę, zabieramy sobie wspólnie taką możliwość. Jeżeli tak czynimy, to powinniśmy dać sobie coś w zamian, lecz co? Może nowy telewizor? A może laptop lub samochód? No, co?
Coś musi nam zastąpić tą pustkę w naszych głowach. Mam duże wątpliwości czy znalazłaby się, chociaż jedna rzecz, która rzeczywiście wypełniłaby ją i dała nam ukojenie niewiedzy – co z nami stanie się dalej?
Zapewniam cię nie ma takiej rzeczy, która zastąpiłaby nam tę złudną nadzieję, że nasze jestestwo może być wieczne.
Nie wolno nam nie wierzyć i nie ma znaczenia jak głęboko wierzymy, ważne, że staramy się, chociaż jakąś namiastką mieć nadzieję. Wtedy, tylko wtedy jesteśmy inni, bardziej wartościowi, czuli na siebie i innych, na wszystko w około co nas otacza, wyczuwamy jakąś metafizyczną jedność. To wiara, wartość bez odnośnika relatywizmu, wartość nie realna. Ta wartość ma siłę symboliczną, bez niej nasze myśli nie wzniosą się wyżej od budowli, które stawiamy tu na ziemi.
Jeżeli pozwolimy naszej świadomości na tak daleko posuniętą realność, że przestaniemy posiadać w sobie chociażby złudę wiary, to nie możemy trwać w pustce, musimy dać sobie coś w zamian, lecz co nam zastąpi wiarę? Nie ma takiej rzeczy, która ukoiłaby w nas brak wiary.
Wniosek z tego, jest taki, że brak wiary w nas jest bardzo niebezpiecznym stanem umysłu.
Jeżeli w naszej podświadomości przeczuwamy, że jesteśmy wieczni, to brak wiary jest przekonaniem, że to, co nas otacza w materialnym świecie, że my sami, jako materia jest realne i gdy umrzemy to wszystko znika i następuje bezwzględny koniec.
Jeżeli nasze istnienie się skończy, a po nim nas już nigdy nie będzie, to co mamy do stracenia w teraźniejszym i jedynym życiu? Otóż nic, a jeżeli nic, to, po co nam moralność, sumienie, miłość, pokora, po co to nam?
Bóg, to osobowość, która milczy, ale stanowi prawa chociażby dekalog. Zarazem, gdy uświadamiamy sobie, że ktoś stanowi prawo, to przed stanowieniem owego prawa był jakiś chaos, jakieś bezprawie, czyli coś, co było w zamiarze stwórczym błędne, lub powstał błędny efekt tego, co zamierzał Bóg.
Wniosek sceptyka jest w tym przypadku bardzo prosty – skoro stwórca jest stworzycielem błędnym, niedoskonałym, to można go zdeklasować.
Wydaje się słaby i popełniający błędy, oczekującym na to, że ci, których stworzył zrozumieją je i sami je naprawią.
Niewiara i ludzka ambicja człowieka godnego, który jest przekonany, że jego życie skończy się tam, gdzie ostatecznie zgnije jego ciało jest porównywalna z ambicją japońskiego Kamikadze – ewentualnie zginąć w imię zasad, po których nie ma już nic, dla ciebie, który właśnie zginąłeś.
Zbyt mocno w swym sceptycyzmie staramy się myśleć demokratycznie względem misji Boga Wszechmogącego.
Jest chyba inaczej, tak, że to my pozwalamy naszemu, wydumanemu, podporządkowanemu nam i naszym tradycją Bogu egzystować w naszych myślach z jego błędami, które my tłumaczymy na jego korzyść, a jak może być inaczej? Jak można go nie tłumaczyć skoro On jest Bogiem.
Myślenie społeczne, na które w pewnym sensie jesteśmy skazani powoduje, że we wszystkim, co stwierdzamy stosujemy pewną hierarchię rzeczy ważnych i mniej istotnych składających się na jedną całość hierarchii, to chyba jest naszym wyobrażeniowym błędem.
Tak rozmyślając nasuwa mi się pewna refleksja, jak można zrozumieć doskonałość boga, będąc jego niedoskonałym stworzeniem? To chyba jest nierealne. Nasze zrozumienie otaczającej nas natury nie może być doskonalsze od naszych zmysłów, a one z pewnością są ograniczone i to bardzo mocno. Wniosek z tego nasuwa się taki, że Bóg w naszym zrozumieniu nie może być doskonalszy od naszego pojęcia doskonałości. Taka doskonałość jest ułomna i ograniczona, jeżeli Bóg istnieje to my nie jesteśmy w stanie Go pojąć.
Podobnie nie jesteśmy przygotowani na wzięcie pod uwagę, że można postrzegać rzeczy energią, poczuciem telepatycznym i ułomnie trzymamy się tego, że świat możemy ujrzeć tylko wzrokiem, czy słuchem lub zapachem, a dlaczego nie w jakiś inny sposób?
Zastanówmy się, czym jest nasze życie? Można by z łatwością odpowiedzieć – jak to, czym? Po prostu życiem, ale taka odpowiedź nie jest żadną odpowiedzią. Zastanówmy się, czym jest ta nasza realność?
Pomyśl, realne jest jedynie teraz, ale za chwilę owa realność stanie się niczym innym, jak tylko wspomnieniem w twoim mózgu, twojej pamięci. Wniosek prosty – realność tej chwili, po chwili staje się informacją. Życie to zbiór informacji, my jesteśmy zlepkiem informacji, jakże nierealnie to wygląda coś, co przed chwilą było realnym zdarzeniem, po chwili jest formą informacji z pamięci świadka powstania tego realnego zdarzenia.
Cywilizacja nieustannie ewoluuje zalewając nas coraz nowszymi technologiami, a my w tym wszystkim jesteśmy coraz mniej widoczni, coraz bardziej od tych wynalazków uzależnieni, pomału stajemy się wespół narzędziami tych wynalazków.
Codzienny przelew informacji jaki ukazuje nam się przed oczyma – wiadomości, reportaże, polityka różnego rodzaju publicystyka, wszystko to powoduje w naszym mózgu ciągłe zmiany poglądowe. Do tego wszędobylskie reklamy, coraz bardziej agresywne, luksusowe dające nam tylko jeden wybór, żeby szybko to czy owo posiadać.
Ten przepływ masowej informacji obsiadł nas ze wszystkich stron, że Ty lub ja właściwie zatracamy poczucie naszego indywidualnego rozumu, że ja i Ty mamy prawo do swoich wyborów.
Te w większości puste informacje rozdrabniają nasze indywidualne wartości w sposób bardzo dla nas niebezpieczny, gdyż przestajemy kontrolować całość, bo co chwilę wymyślają nam coraz to nowszy tak zwany problem społeczny, a to czy bycie gejem to zboczenie, czy norma w naturze? Czy Palikot nie jest aby przestępcą obiecując legalizację narkotyku? Ktoś inny z ekranu telewizora w porannym programie, ubrany jak kretyn z botoksem na swej twarzy chce nam wmawiać, że on powie nam jak mamy się ubrać.
Kwestia wielokrotnie powtarzana mimo woli słuchacza w jego psychice zaczyna być prawdą, to bardzo niebezpieczny fakt.
Nawet tak biedne społeczeństwo, jak nasze gdzie od wielu lat próbujemy doganiać Europę może być narodem szczęśliwym, ze swoimi tradycjami, swoją historyczną tożsamością. Tak może być, ale pod jednym warunkiem, jest nim wiara.
Jednak politycy, a wraz z nimi mass media starają się uzmysłowić nam, że wśród nas jest wielu homofobów  i ksenofobów. Jakoś rzadko słyszę, że Polacy którzy narzekają na swój kraj są antypolscy, nikomu to nie przeszkadza, a przecież to nasze gniazdo.
Takie działania mają istotny wpływ na naszą świadomość, każdego z nas z osobna i tak też wygląda nasza coraz bardziej poszarpana świadomość narodowa.
Wygląda to tak jak gdyby celowo zabijano w nas polskość, popatrzmy, chociażby na Izrael, wierny swojej tradycji, ani oni sami nie wypierają się swojej religii pielęgnując ją. Jednak istotniejszy jest jeszcze ważniejszy fakt, otóż swoją wiarę i tradycję każą szanować całemu światu, a tam gdzie ich nie szanują, nawet gdyby to były tylko jednostki w społeczeństwie, publicznie ich się nazywa ksenofobami. Nie tylko to, w Polsce jest takie prawo, że gdybym publicznie wyrażał swój pogląd antyżydowski, to odpowiedziałby za to przed sądem.
Zapewne mniej bym miał kłopotów lżąc w Polsce na Polaków, czy to nie wygląda trochę niepokojąco dziwnie, wręcz antypolsko? A  zarazem wypowiadając te słowa w moim kraju staję się ksenofobem.
Wielu publicystów podświadomie boi się chociażby w drobnej kwestii poruszyć jakiś problem natury żydowskiej, bo zdaje sobie sprawę z tego, że wiele gazet okrzyknęłoby kogoś takiego za wroga narodu wybranego.
Dlaczego my Polacy nie postępujemy względem religii, tożsamości historycznej czy własnej narodowej godności podobnie jak naród izraelski?
To tak jak jednostka która straciła pamięć swojej przeszłości, tak naród który zabija swoją tradycję i historie, a w zamian wprowadza nawyki innych narodowości, taki naród staje się tłumem na który się krzyczy, straszy i nakazuje.
Wiara w Boga jest ważna i nie możemy jako naród, jeszcze nie tłum, o tym zapominać.
 .

.

Tryumf sceptyka

.

– No dobrze wiem, że jest pan sceptykiem, całe pańskie życie to walka z zabobonami, wiarą w coś więcej, mimo, że ta wiara jest bez poparcia jakiejkolwiek logiki, bez doświadczenia, bez przesłanek naukowych – odrzekłem, nieco wyprany tymi dywagacjami mojego rozmówcy, racjonalisty.
– A jakie ma pan wyjście? Nie ma pan go, musi pan uwierzyć w mój racjonalizm – odrzekł.
Jego siwa broda i zmęczony wyraz starczej twarzy nie napawał mnie łagodnością, przez oczy utkwione w tej zasadniczej, ponad siedemdziesięcioletniej twarzy, były one jak iskra, iskra zawiści, może nienawiści? Sam nie wiedziałem i nie wiem do dziś jak go określić.
– Nie ma pan wyjścia – tryumfował – nie ma dowodów, więc mój racjonalizm, pozostanie racjonalny, cha, cha.
W jednej chwili ogarnęło mnie uczucie, rzekłbym rozpaczliwe, jak to? Ja jestem, a po mojej śmierci już mnie nie będzie, niczego, co teraz mnie otaczało i tego, co było przede mną, to jakieś niesprawiedliwe, chyba w akcie swej beznadziejnej rozpaczy powiedziałem:
– Więc jeżeli teraz tryumfujesz, nie dowodami, faktami, a przez fakt, że ja nie mogę cię przekonać, to jaki z tego masz zysk? Jeżeli masz małe dzieci, to po tej rozmowie wróć do swego spokojnego domu, zawołaj je i każ im usiąść obok siebie i powiedz im w tym samym akcie euforii w której teraz jesteś i rzeknij im – Moje dzieci, właśnie przed chwilą następny raz wygrałem, jako racjonalista, mojemu rozmówcy, który ślepo twierdził, że po jego śmierci marzy mu się dalszy ciąg jego egzystencji, wyparłem mu to z jego głowy i powiem wam, moje najdroższe pociechy, ja wasz ojciec, że dalej nie ma nic.
Wydawać się może, że żeby uchodzić za człowieka postępu, za realistę, który w dzisiejszych czasach jest pełną gębą Europejczykiem unijnym, trzeba nadążać za zmianami swych „stereotypów”, tak jak nam przedstawiają demokratyczne media. Jest ich co nie miara choćby inności seksualne, a nie zboczenia, teraz już nie można tak powiedzieć. Jednak w moim myśleniu wkrada się pewien dyskomfort. To tak jakby kazano mi mówić głośno: garbaty to zdrowy fizycznie człowiek!

.

.

 A co to jest nic?

.

Ilekroć zadaję sobie to pytanie odpowiedź wydaje mi się dość prosta, wręcz machinalnie i bezmyślnie mówię sobie – nic, to po prostu, ot zwyczajnie nic. Lecz gdy wgłębiam się o jakieś bardziej wyraziste określenia nicości to zaczyna się problem, może ciemno, czarno?
Po krótkiej chwili dobrania słów, znaczeń na okoliczność określenia nicości ogarnia mnie pewnego rodzaju konsternacja, że to nie tak, że popełniam podstawowy błąd. Zrozumiałem, że gdyby nicość można było  obliczyć lub jakkolwiek teoretycznie opisać, miałaby jakąś formę wyobrażenia, chociażby filozoficzną. Nicość nie może zatem istnieć pod żadnym pojęciem, bo ono stanowiłoby znaczenie czegoś.

.

.

Biały Bim Czarne Ucho

.

Niezwykły film produkcji radzieckiej z czasów stygnącego komunizmu. Teraz po latach mogę stwierdzić, że były to bardziej ludzkie czasy jak teraźniejsze, gdzie uczucie, chociażby psa do człowieka było eksponowane szerokiej publice, tej zza żelaznej kurtyny układu warszawskiego. Nie mam wiedzy czy inne kraje spoza tej jakże ciężkiej zasłony zakupiły ten film, pełen uczuć, psich uczuć do człowieka chorego na serce. Ten czworonogi bohater filmu pokazał nam – ludziom – jak można umrzeć z miłości.
Umrzeć z miłości w naszych czasach, ta fraza wydaje się taka naiwna gdyż dlaczego mamy umierać z tęsknoty za kimś bliskim, skoro spacerując po ulicy w rozmyślaniu nad problemem Białego Bima przemijamy to kolejny bank, który tym razem mówi do nas słodką reklamą – „Pewnie marzysz i nie wiesz co z tymi marzeniami zrobić, wejdź tu i je zrealizuj, wystarczy podpis i twoja niewola zaczyna się właśnie teraz i potrwa ona dwadzieścia, trzydzieści lat”.
Warto się zastanowić czy warto społeczeństwo uczyć uczuć? Chyba nie warto, przecież ludzie muszą pędzić, bez wytchnienia za coraz to czymś bardziej nowoczesnym. Dzięki tym cudom będą coraz bardziej bogaci, lecz co wynika z posiadania tych wszystkich dóbr? Tylko to, że za chwilę zakupione nowości będą nowsze i także należałby je zakupić i tak się właśnie kręci koło kupowania „szczęścia”.
Pisząc te słowa nie jestem lepszy od Was, właśnie dziś kupiłem stół do kuchni. Ten, który był, to kompletne nieporozumienie, okrągły, niewygodny, wykonany z wiórowej płyty, wręcz idealna tandeta pasująca do wnętrza kuchni z wielkiej płyty w bloku, właśnie takiej, jaką posiadam. Stół ten to istny koszmar, uważam tak od kilku godzin.
Kupiłem prawdziwy stół, nie z wiór, a z drewna na dodatek stary, nie wiem, ale na oko ma kilkadziesiąt lat i jeszcze jedna, piękna uwaga na jego temat, przy opieraniu się o jego wspaniały, mahoniowy blat cicho skrzypi, oczywiście, że ze starości, ma piękny Ludwikowski kształt, nogi stylizowane stosownie do tegoż monarchy, kompletnie inna kuchnia, aż się chce w niej być, właśnie te słowa piszę trzymając laptop na tym stole.
Mam dziwne wrażenie, że przy tym stole wiele lat zasiadało stare, szanujące się małżeństwo, starszy pan umarł dwa lata wcześniej, przed śmiercią swojej zawsze ukochanej, starej żony, a teraz ja mam cząstkę, która stanowiła ich harmonię i szczęście. Jakie to piękne, stary mebel z historią.
Tak pisząc ten tekst, nagle doznałem dziwnego „widzenia”, na tym stole stoi trumienka, a w niej leży noworodek, martwy noworodek w tej trumience, była biała.

.

.

NASZA ŚWIADOMOŚĆ ISTNIENIA

.

Czym jest to, że jestem?

.

Czym jest to, że jestem?
Czy byłem, kiedy mnie nie było i czy będę, kiedy mnie nie będzie?
Nie ma człowieka na tym świecie, który chociaż raz w życiu nie zadałby sobie tych pytań. Niestety są to pytania bez odpowiedzi. Na pocieszenie zostaje nam nasz byt tu i teraz, chociaż tę radość przyćmiewa nam świadomość, że każdy byt podąża w kierunku nieuchronnej śmierci, mojej także.
Zastanawiam się, czy boję się swojej śmierci, z pewnością boję się, ale ten lęk nie dotyczy samej śmierci, która może być różna, nie daj Boże długotrwała lub nagła bez chwili świadomości, że to ten moment. To nie stanowi podstawy mojego lęku, boję się czegoś znaczniej przerażającego.
Chwila, którą przeżywamy w sposób realny i rzeczywisty, gdy nastąpi po niej następna zaczyna być tylko moim wspomnieniem, świadomością i tu powód mojego przerażającego lęku jest nim utrata wszelkiej świadomości, jak to możliwe, że jeżeli jestem tylko nią, mogę ją utracić. Wszak nie boimy się samego faktu śmierci, boimy się nie być, nie stanowić o sobie, nie istnieć świadomie.
Pragnienie bycia świadomością jest w nas tak silne, że nawet jak jesteśmy obłożnie chorzy, cierpimy, nie ma dla nas nadziei, to godzimy się na cierpienie gdyż jedyne, co chcemy, to istnieć w swojej świadomości.
Na co dzień mało zastanawiamy się nad sednem naszego jestestwa, czyli nad naszą świadomością istnienia, głównie z powodu trzech podstawowych narządów obserwacji tego, co nas otacza na zewnątrz, utożsamiamy się ze światem zewnętrznym.
Nasz wzrok pokazuje nam świat, który jest wokół nas, ale to nie jest nasz świat, moja przestrzeń jest we mnie. To, co jest w mojej świadomości jest moim światem.
Rozważania te dotykają głównie naszej świadomości, którą tylko jesteśmy i którą mam nadzieje i przekonanie, a także co najważniejsze mam na to bezsporne dowody, że nasza cielesna, ziemska śmierć nie ma możliwości zabić naszej świadomości i to jest kluczem do naszej wieczności.
Nasze ciało i nasza świadomość to dwa odrębne znaczenia, nie mogę powiedzieć – to dwie odrębne istoty, ciało nie jest istotą, istotę stanowi pamięć wypełniona czynami, a to że ona wzrasta w ciele to nie ma wielkiego znaczenia. Jeżeli stary Dąb rosnący gdzieś przy drodze miałby mózg i pojmowałby nim, to też byłby osobowością jak nasza istota żyjąca w ciele.
Jesteśmy przeżyciami, zdobytą wiedzą i doświadczeniem, tylko tym, jednym niepowtarzalnym przeżyciem. Snując te rozważanie głębiej dojdziemy do wniosku, że jesteśmy pamięcią, tak, niematerialną chronologiczną pamięcią i niczym poza nią. To coś wspaniałego bo to oznacza, że nasze istnienie jest w naszej niematerialnej pamięci, a nie jest formą materialnego bytu. Można przypuszczać, że nasza śmierć materialna nas jako istoty nie dotyczy.
Moja dusza to nie coś odrębnego, tylko ona jest właśnie mną, ja jestem nią.
W mym życiu dosyć często zdarzały mi się momenty myślenia o śmierci wiele lat temu bałem się takich chwil zadumy. Zauważyłem jednak że z biegiem lat, które karcą mnie coraz większym poczuciem starości, moje rozmyślania o śmierci nie przerażają mnie aż tak, a bardziej rozśmieszają, że tak panicznie boimy się jej, a coraz bardziej uzyskuję pewność ze swoich dedukcji i przemyśleń, że śmierć jest tylko rozdzieleniem mojej istoty od ciała w którym ona wzrastała.

.

.

Czy zmarli idą do nieba?

Trudny temat. Sam często zadaję sobie pytanie, co jest po śmierci? Tak naprawdę, to nigdy mnie nie kusiło żeby skupić się i podobnie jak to robię w stosunku do ziemskich spraw poczuć i dojrzeć, co tam dalej jest? Czy w ogóle coś tam jest?

Nie wiem, dlaczego? Ale nie. Czy w ogóle byłoby to możliwe? Na pewno gdybym coś poczuł, to nie mógłbym tego zweryfikować, nie wiedziałbym, czy to moja wyobraźnia, czy może jednak pewne przebłyski innej rzeczywistości. Więc jeżeli weryfikacja w tym przypadku jest niemożliwa, ostatecznie nie zdecyduję się snuć wizji o tamtym świecie, ale zarazem nie oznacza to, że zrezygnowałem z dochodzenia, czy coś tam jest? Posłużę się faktami i poszlakami, uważam, że takie rozwiązanie do czegoś sensownego nas zaprowadzi.

Zacznijmy od stwierdzenia, że nasze ziemskie życie to droga, która prowadzi do śmierci, wszystko, co żyje, nie tylko my, ale dosłownie wszystko żywe, co nas otacza musi umrzeć, więc jeżeli tak jest, to nie możemy nie zastanawiać się nad tym najbardziej paraliżującym momentem naszego życia – naszą śmiercią. To, że jej nie rozumiemy, świadomość nasza jest kompletnie bezradna i mimo że jest to nasz największy lęk, to staramy się o tym nie myśleć. Po prostu udajemy, że puki co żyjemy i może tak zostanie, staramy się w to wierzyć, chociaż wiemy, że jest to naiwna kpina z jedynego pewnego faktu naszej przyszłości.

Im bardziej, ktoś ucieka od takich rozważań, tym bardziej wewnętrznie boi się śmierci, to tkwi w nim podświadomie, nawet nie zdaje sobie z tego sprawy, ale ten lęk przypomina o sobie, co jakiś czas, a czas nieubłagalnie płynie.

Myśląc o śmierci natychmiast przychodzi nam na myśl nasze ciało, nasze organy, przecież któryś z nich się zepsuje i koniec, tak myślimy. Lecz zarazem, jeżeli umrzemy to nasze ciało, zimne, sztywne, zsiniałe, ale nadal jest, bliscy się żegnają z tym ciałem, potem je zakopują, czy kremują.

No tak, martwe ciało, a gdzie ja? Gdzie moje Ego? Osobowość, charakter, pamięć, sumienie, lęki, miłość, wdzięk, marzenia, wątpliwości, wiara, rozsądek, logika, talenty, wiedza, niewiedza, łakomstwo, charyzma, spryt, odwaga, marzenia, spełnienia, tęsknota, twórczość świadomość. Wymieniłem tylko nieliczne cechy mnie, czy Ciebie. Tym jesteś, tym jestem i jakoś mi się tu coś nie zgadza z tym ciałem martwym i jego cechami – dwie nogi, dwoje rąk, szyja, głowa, tułów. Proszę wybaczyć, ale wnętrzności po kolei już nie wymienię.

Teraz zastanów się, co leży na desce? A kim ty jesteś? Odpowiem ci i zapewniam, że odpowiedź jest wbrew pozorom bardzo prosta. Otóż na desce leży popsuta mięsna maszyna, dzięki której powstałeś, wzrastałeś i w końcu się z niej uwolniłeś. Bez ciała twoja osobowość nie potrafiłaby powstać. Ciało pełniło rolę protoplasty twoich pragnień i pokus twojego ego.

Więc pierwszy element śmierci mamy za sobą, na desce leży martwa maszyna, no, ale co dalej? Gdzie my? Skoro nie jesteśmy już w maszynie.

Przecież otacza nas świat realny, materialny. Zapewniam cię, że jest to błędne rozumowanie. To nie jest świat realny, zwłaszcza, kiedy już umrzemy to na pewno już nasz realny świat nie będzie prawdziwy. Realność jest tam, gdzie jest nasze postrzeganie, rozumienie, a jeżeli umarliśmy to nie egzystujemy już w tej realności.

Można to porównać do wagonów w metrze w jednym zestawie jest ich kilkanaście, a my wsiąść możemy tylko do jednego. Gdy to uczynimy, siadamy na siedzeniu, jadąc z nudów się rozglądamy, widzimy staruszkę, pana z laptopem, kogoś z sumiastym wąsem. Widzimy rzeczywistość nas otaczającą i nie znamy podobnych, acz innych rzeczywistości w pozostałych wagonikach, a one tam są, mimo, że my w nich nie uczestniczymy.

Tam, gdzie jesteśmy w danym momencie, tylko tam jest dla nas świat rzeczywisty. Lecz nie oznacza to, że to jedyna rzeczywistość. Jest wręcz przeciwnie, my jesteśmy jednostkami, a na samej ziemi rzeczywistości jest tyle, co obserwatorów i nie myślmy tylko o sobie, a o wszystkich istotach, które żyją na naszej planecie, a jeżeli takich planet jak nasza, kipiących życiem jest dużo we wszechświecie?

Śmierć kojarzy nam się z traumą bardzo osobistą, wydaje nam się, że umieramy w osamotnieniu, obdarci z resztek nadziei, że nasza dusza ulatuje gdzieś w przestrzeń sama. Myśląc tak też się mylimy. Wyobraź sobie sześciopasmową autostradę, na której jest taki tłok aut, że robi się korek. Zapewniam cię, że taki tłok jest w narodzinach i umieraniu na ziemi. Jest nas na ziemi kilka miliardów, a pomyśl, że poza tym razem z nami żyją zwierzęta i tak samo jak my rodzą się i umierają. Teraz się zastanów ile istot na ziemi się rodzi w ciągu minuty? Może, tysiąc? Może, dziesięć tysięcy? Tyle samo umiera, więc pomyśl, jaki tam musi być tłok? Jeżeli niebo istnieje to prowadzi do niego wiecznie zatłoczona autostrada. Brzmi to optymistycznie.

Zastanówmy się jednak jeszcze inaczej, odwrotnie, pesymistycznie, że jednak mamy tylko jedno, raczej przypadkowe życie, a po jego zakończeniu nie będzie już nic.

Nawet nie chce mi się dalej pisać, skoro dalej nie ma nic, to, po co teraz coś robić? Jaki ma to wszystko sens?

Zauważ, że właśnie taki brak wiary jest jakiś niekonsekwentny, bez logiki. Taki sens myślenia nie pasuje do natury, przyrody, wszechświata. Tam wszystko umiera, ale w zamian się rodzi, wybucha supernowa, ale z jej rozbryzganej martwej materii narodzi się nowy system gwiazdy ze swoim układem planetarnym gdzie na jednej z planet stworzy się życie.

Taki jest organizm całego wszechświata, to jest logiczna przyczyna rozwoju, wszędzie jest powtarzalność, a nie koniec i nic.

Myślę, że ludzie, którzy wierzą w przypadkowość swojego jedynego życia, to bardzo biedne osoby, bez kosmicznego światopoglądu, wszechświat tryska życiem nad ich głowami, a oni uparcie wierzą, a raczej nie wierzą, że to wszystko kipi życiem, ciągłym życiem, istnieniem.

Ich sprawa, że stwierdzają jednoznacznie to, o czym nie mają pojęcia, bo i skąd. Przecież materia nie powstała by bez energii, a energia bez materii. Te dwie siły są skazane na siebie, ale nie oznacza, to że  w naturze nie mogą chwilami istnieć niezależnie od siebie.

Ktoś napisał, że „ Dusza może istnieć bez ciała, ale właściwszym jej miejsce jest ciało”. Myślę, że w rozmyślaniu, czy po naszej śmierci będziemy dalej nie koniecznie musi nam towarzyszyć wiara, bardziej powinniśmy przyjrzeć się wszystkiemu dookoła, żeby dojść do wniosku, że nie mamy wyjścia, że jesteśmy skazani na byt, który sam w sobie może dzielić się na nieświadome dla nas etapy, choćby reinkarnację, zwaną potocznie wędrówką dusz, na nie do końca świadome trwanie wieczne.

Śmieszą mnie opinie, że na takie tezy jak byt wieczny nie ma żadnych dowodów, a dlaczego mają one być? Jeżeli my, istoty żywe, żyjemy wiecznie, lecz ta wieczność jest etapowa, wielokrotna nieskończenie, a każdy etap jest pozbawiony świadomości poprzedniego etapu, to powstaje nam pewien paradoks, bo jak można czuć wieczność? Skoro dzieli się ona na nieskończoną ilość nieświadomych sobie etapów. Nazwę to dziwną wiecznością. Niby jest, a jej nie ma.

Rzeczywiście brzmi to paradoksalnie, ale może tu nie o to chodzi, żebyśmy wieczność rozumieli, czy w niej błogo trwali. Jeżeli „wędrówka dusz” jest etapowym systemem wieczności, to nie jest to doskonałe, gdyż każdy etap naszego następnego trwania, kończy się w naszej świadomości rzeczywistym końcem.

Ciągle brzmi to paradoksalnie. No cóż, cokolwiek bym jeszcze tu napisał i tak nie dojdziemy do jednoznacznych przypuszczeń, czy wniosków. Jednak dopóki wierzę, że dalej jest coś, a przez to i ja będę skoro jestem, wszystko przede mną, przynajmniej w mojej świadomości. Trudniejszą sytuację ma sceptyk, może nie trudniejszą a raczej beznadziejną. On już teraz wie, że po jego śmierci nie ma nic.

Nie chodzi tu o naiwną wiarę, chodzi o nasze istnienie, nasz byt, trwanie. Natura nam tłumaczy, że chociaż wszystko w niej ulega wiecznej przemianie, to nic w niej nie ginie, więc dlaczego Ty, lub ja mielibyśmy w niej zginąć bezpowrotnie?